10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w USA


Stany Zjednoczone to jeden z najbardziej fascynujących krajów jakie odwiedziłam. Wszyscy go znają - niektórzy kochają, inni nienawidzą. Jadąc tam na program Work & Travel USA miałam (jak mi się przynajmniej wydawało) spore pojęcie o zwyczajach, kulturze i obywatelach, więc sądziłam, że nic mnie nie zaskoczy. Nic bardziej mylnego ;)
Tym krótkim wstępem zapraszam was do przeczytania moich skromnych przemyśleń na temat USA po 4 miesiącach pobytu, czyli 10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w USA:

1) Wszystko jest naprawdę ogromne.

Jadąc do USA miałam w głowie wizję szerokich autostrad na kilka pasów, wysokich wieżowców i wielkich sklepów. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że określeniem "ogromne" można określić tam praktycznie wszystko, m.in.:

- samochody - niektóre tak wielkie, że aby do nich wsiąść ludzie używają dodatkowych schodów; często tak wysokie, że jadąc obok nich na rowerze nie widziałam kto nimi kieruje
- supermarkety typu Walmart (coś jak nasze Tesco czy Auchan, tylko 2-3 razy większe), w których można się zgubić trzy razy szukając wacików (serio)
- parkingi (próbujące pomieścić te ogromniaste samochody) na milion miejsc, wszyscy jednak próbują zaparkować jak najbliżej, bo nie lubią ruchu
- ODLEGŁOŚCI - do nich wrócę w następnym punkcie
- rozmiary napojów - wszystkie butelki są o wiele większe niż nasze. Mimo, że w supermarketach można dostać małe puszki napoju (ok. 0,2l), to nie da się ich nabyć pojedynczo (wyjątkiem będą tylko automaty z piciem albo stacje benzynowe) - trzeba je od razu kupić w 6 lub 8-paku. Tak samo sprawa wygląda w fast-foodach. Nasze największe kubki zostałyby tam określone jako małe lub w najlepszym wypadku średnie.

Na zdjęciu moja ludzka ręka VS nieludzki napój.

Znalezione obrazy dla zapytania usa comparison with europe2) Odległości również są ogromne.

Niby to wiedziałam. Niby przeglądałam te mapy milion razy. Jednak mieszkając całe życie w Europie byłam przyzwyczajona, że autem jest się w stanie dojechać z Polski do Hiszpanii, a gdy wsiądzie się w samolot, to można przemieszczać się po Europie w 2-3 h. Gdyby nie odprawy na lotnisku i transport, dałoby się rano wylecieć do Paryża, połazić cały dzień i wrócić wieczorem. Sprawa w USA wygląda lekko inaczej. 

Planując moje 2-tygodniowe zwiedzanie po ponad 3 miesiącach pracy byłam lekko naiwna. Mieszkając przy wschodnim wybrzeżu (a dokładnie w Karolinie Północnej), sądziłam, że podróż stamtąd do Miami autem nie może być długa, w końcu mój stan znajduje się mniej więcej w środku całego państwa. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy Google Maps zaprezentowało mi trasę na ok. 15h. Po krótkim szoku przełączyłam się od razu na wyszukiwarkę lotów. 

Nie zawsze jednak opłaca się podróżować samolotem, po za tym każdy wie, że podróże autem dają więcej swobody (postoje, samodzielny wybór trasy etc.). Z tą myślą ja i moi znajomi zdecydowaliśmy się na przejazd między Los Angeles a Las Vegas. Na mapie? Bliziutko! W rzeczywistości? Jakieś 5-6h jazdy próbując się przebić przez niekończące się korki w LA i pustynię, która otacza Las Vegas.


3) Nikt nie boi się huraganów. 

W trakcie mojego prawie 4 miesięcznego pobytu w USA miałam okazję doświadczyć zjawisk atmosferycznych, których w Polsce człowiek raczej nie pozna. W lipcu przeżyliśmy mini burzę tropikalną, przez którą padało jakieś dobre 3 tygodnie. Wszystko było zalane, ocean pożarł prawie całą, bardzo szeroką plażę, a my, biedni studenci na rowerach, jeździliśmy do pracy w klapkach, pedałując do połowy łydek w wodzie. Ale to był dopiero początek. Pod koniec sierpnia/na początku września, okazało się, że nadchodzi huragan. I to nie byle jaki huragan, bo 4 kategorii (na 5 możliwych). Uroczo nazwany Florence, kierował się idealnie w kierunku mojej Karoliny Północnej. Reakcja studentów? Lekka panika. 

Reakcja Amerykanów? Hurricane Party!
Znalezione obrazy dla zapytania hurricane partyZapytacie - co to do cholery jest hurricane party? Jest to wesoła impreza, na której zbierają się wszyscy znajomi, przynosząc piwo, konserwy i wszystko co mogłoby się przydać do przetrwania, gdyż "impreza" może trwać np. 5 dni (ze względu na wskazania lokalnych władz, aby nie wychodzić z domu).
Jeśli ktoś sądzi, że zmyślam, warto zajrzeć tu: https://en.wikipedia.org/wiki/Hurricane_party

A jeśli chodzi o mnie i huragan, na szczęście zanim kochana Florence dotarła nad nasze wybrzeże, ja zdążyłam już wylecieć do Miami i cieszyć się słońcem i palmami.


4) Systemy miernicze. 

Znalezione obrazy dla zapytania plastic bottle of milkOkej. Wiedziałam od dawna, że Amerykanie nie używają litrów, metrów ani stopni Celsjusza. Ale próby przyzwyczajenia się do ich jednostek miary to koszmar i zaskoczyło mnie jak bezsensowne są w rzeczywistości. Tak jak mile używane zamiast kilometrów da się w miarę szybko przyswoić (i na oko przeliczać), tak do dziś nie rozumiem, jak można używać stóp, aby określić kogoś wzrost. Dla przykładu nikt nie rozumie tam mojego wzrostu podawanego jako 1,75m lub 175 cm - musiałam luknąć w internetowy przelicznik, żeby okazało się, że mierzę 5 stóp i 9 cali. Jakim cudem nie przyjeli oni jeszcze światowych systemów miar?!

Podobnie jest z galonami zamiast litrów. Jeden galon to 3,79 litra. Nie jest to liczba, którą człowiek przeliczy w 3 sekundy stojąc przy lodówkach z mlekiem. Postanowiłam zapytać więc moich amerykańskich znajomych - ile to do cholery jest jeden galon? Nikt nie umiał mi wskazać liczby w litrach (nie wiem na co liczyłam), jednak koleżanka próbowała mi to wyjaśnić tak - Wyobraź sobie takie duże, plastikowe opakowanie mleka z rączką. Widzisz je? I teraz, łącznie z tą rączką, to jest jeden galon.  No świetnie.

A o stopniach Fahrenheita chyba nawet nie ma co się rozpisywać, bo mówiąc szczerze wciąż ich nie rozumiem.

Znalezione obrazy dla zapytania american flag on underwear5) Flagi na wszystkim i wszystkich. 

Ten punkt będzie krótki. 

Urocza tradycja - to pierwsza myśl. Jest fajnie, dopóki nie zobaczysz flagi USA na majtkach, stanikach, papierze toaletowym, ręczniku i plecach co drugiej osoby. Coś nie do pomyślenia dla nas. Najciekawiej robi się w czasie amerykańskiego Independence Day czyli 4 lipca. Dwa słowa - SĄ WSZĘDZIE.

6) Wypłaty na czekach. 

Serio. Nie oczekujcie wypłaty przelanej na wasze konto bankowe (chyba, że pracujecie w tzw. sieciówce, np. w Dunkin' Donuts). W zamian dostaniecie czek z waszym imieniem i nazwiskiem do zrealizowania w banku. Niektóre banki pozwalają na załatwienie tego przez aplikację na telefon (trzeba im wysłać kwotę i zdjęcia czeku z obu stron), jednak na realizację trzeba czekać czasem kilka dni. Zdarza się też, że na koncie znajdzie się tylko połowa kwoty, a na resztę trzeba czekać jeszcze dłużej.
Znalezione obrazy dla zapytania american checks

7) Baaaardzo droga, ale bardzo dobra służba zdrowia.

Znalezione obrazy dla zapytania american health care
Z moim szczęściem już w pierwszym tygodniu wyjazdu znalazłam się w miejscowej przychodni. Dwa dni przed wylotem niezidentyfikowany owad ugryzł mnie w kostkę, co postanowiłam zignorować (szczerze mówiąc myślałam, że był to jakiś marny komar). Na miejscu moja stopa nabrała rozmiaru mojej głowy, przez co nie mogłam pracować. Ze strachem w oczach, wydrukowanym ubezpieczeniem i paszportem w ręce wsiadłam w taksówkę i ruszyłam do kliniki, która wg. ubezpieczyciela nie wymagała ode mnie zapłaty. Tak też chwała Bogu było, bo nie wzięli ode mnie ani złotówki (zapłaciłam tylko kilkanaście dolarów za leki w aptece). Jednak gdybym nie miała na miejscu ubezpieczenia, prawdopodobnie zapłaciłabym za tą wizytę kilkaset (!) dolarów.

Sprawa służby zdrowia w USA to ciężki temat, ale nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo. Okazuje się, że ludzie zamiast karetki jako transport do szpitala często wybierają Ubera, gdyż za sam przejazd na sygnale można dostać rachunek na np. 800 $. Inny przykład: wizyty u dentysty nasze ubezpieczenie już nie pokrywało i tak naprawdę bardziej opłacałoby się polecieć na leczenie do Polski. Płacąc za loty w obie strony finalnie wyszłoby taniej niż za wizytę w Stanach.

A co do mojej wizyty - jedno z większych zaskoczeń jakie mnie spotkało. Po dotarciu na miejsce i wypełnieniu kilku papierów, za 3 minuty już wchodziłam na wizytę. Obsługiwały mnie i przepytywały najpierw dwie pielęgniarki, a później lekarka. Po obejrzeniu mojej nogi lekarka stwierdziła, że przepisze mi antybiotyk. Zapytała gdzie wybiorę się po leki. Powiedziałam, że jeszcze nie wiem i poszukam prawdopodobnie jakiejś najbliższej apteki, na co ona odparła, że zaraz obok kliniki jest jedna i żebym podeszła tam. Opuszczając moją wizytę zostałam zaopatrzona w bandaż i 5 stronniczy druk, w którym były moje wszystkie wyniki, opis leków do zażycia, jak je przyjmować, jakie mogą być skutki uboczne i milion innych informacji. Po doczołganiu się (przypominam o stopie wielkości mojej głowy) do wskazanej apteki podeszłam do biurka, gdzie zapytano mnie jak się nazywam. Zanim zdążyłam zaproponować, że przeliteruję im moje imię i nazwisko, pani wręczyła mi szczelnie zamkniętą papierową torbę z moim imieniem, nazwiskiem, adresem i po raz kolejny milionem informacji wydrukowanych (!) na wierzchu

Moja kontuzja ciągnęła się przez miesiąc i wszyscy mieli ze mnie niezły ubaw, ale przynajmniej zaliczyłam ciekawe doświadczenie (tak sobie wmawiam).

8) Dzwonienie pod 911 i spotkania z policją

Oprócz mojej fascynującej wizyty u lekarza doświadczyłam także dwóch kontaktów z miejscową policją. Nie oceniajcie mnie jeszcze, już wyjaśniam. 

Spotkanie nr 1:
Moją przyjaciółkę lekko potrącił samochód. Nie brzmi to dobrze, wiem, ale na szczęście nie było tak strasznie. Auto wyjeżdżało ze stacji benzynowej, więc prędkość była minimalna. Nic jej się nie stało, miała jedynie lekko wygięte koło w rowerze. Wywołało to jednak niemałe poruszenie na stacji benzynowej, z której ktoś zadzwonił pod 911. Po 3 minutach na miejsce zjechały się 3 (!) policyjne radiowozy, a z daleka nadjeżdżała też karetka i straż pożarna (na którą policjanci machnęli ręką, żeby odjechały). Policjanci byli bardzo mili, ale i tak musieli nas spisać, mając spory problem z rozczytaniem się z naszych dowodów osobistych, które okazały się dla nich mocno nieczytelne. Nawet sama data urodzenia zapisywana w naszym formacie DD-MM-RR wywołała spory szok (Amerykanie zapisują daty w formacie MM-DD-RR, czyli 08.09.2018 to będzie dla nich 9 sierpnia, a nie 8 września - nawiasem mówiąc kolejna nienormalna rzecz, ale już to pomińmy).

Znalezione obrazy dla zapytania number 911Spotkanie nr 2:
Niekoniecznie związane ze mną osobiście - mieliśmy w pracy problem z klimatyzacją i pewni klienci z dalekiego Nowego Jorku postanowili, że przez złe warunki nie zapłacą. Po rozmowie z naszą obsługą zadzwonili po policję, która przyjechała i w skrócie powiedziała im coś w stylu: Nie wiem jak to się u was robi w tym waszym Nowym Jorku, ale u nas jak je się w knajpie przez 1,5h, to później się za ten posiłek płaci. 
A ja byłam tylko jedną z pierwszych osób, do których wspomniany szeryf (z okrągłym kapeluszem - tak, serio je noszą) zapytał o co właściwie chodzi, choć ja nie miałam wtedy zielonego pojęcia o całej sprawie. 



9) We wszystkim jest za dużo cukru. 
Niby fakt powszechnie znany, jednak myślę, że mało osób zdaje sobie sprawę jak poważny. Pracując miesiąc w popularnym Dunkin' Donuts spotkałam się z zamówieniami, które przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Jedno z najbardziej pamiętnych to para zamawiająca dwie mrożone kawy z kremem, cukrem i syropem. Nie wydawałoby się to dziwne, ale teraz podam wam szczegóły zamówienia. Jedna z kaw miała zawierać 9, a druga 12 łyżeczek cukru. Po wsypaniu ich do kubka wyglądało to jak na zdjęciu obok.
Możecie sobie wyobrazić moją minę, kiedy zobaczyłam to zamówienie na ekranie. Próbowałam to jakoś ratować i mocno wymieszać, ale ilość cukru była zbyt duża i na dole kubka i tak powstał wielki osad. Bleh.

PS Klienci powiedzieli, że pyszna kawa.



10) Naprawdę pełnoletni jesteś od 21 roku życia.

Podobny obraz
Wiedziałam o tym, że jadąc do USA i mając 20 lat mogę mieć problemy z kupieniem alkoholu. Nie wiedziałam jednak, że kiedy moi koledzy, stojący w kolejce dwa wózki sklepowe przede mną będą kupowali piwo, to mnie też ktoś spyta o paszport. Serio. 

Nie warto też próbować się zbliżyć do automatów w Las Vegas. Szybko cię wyczają. Serio. 




Okej, to by było na tyle, jeśli chodzi o 10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w USA. Mam nadzieję, że pomogłam komuś trochę bardziej zrozumieć i odkryć ten uroczy kraj, który z jednej strony zawsze wydawał mi się dość bliski Europie (ze względu na licznych imigrantów, którzy w pewnym sensie stworzyli Stany Zjednoczone), a z drugiej okazał się tak bardzo w pewnych kwestiach odległy. 


Komentarze